Czy szlifowanie bursztynu jest rzemiosłem, sztuką, a może jednym i drugim? I czego właściwie trzeba się nauczyć, żeby z surowej bryłki zrobić coś własnymi rękami? W sobotę będzie to sprawdzać 350 osób jednocześnie – w ramach Gdańsk Jewellery Week 2026.
O biciu rekordu Polski w szlifowaniu bursztynu, o tym, co odróżnia bursztynową pamiątkę znad morza od dzieła sztuki i czy rękodzieło wraca do łask, w rozmowie z Agatą Olszewską mówi Robert Pytlos, pełnomocnik Prezydent Miasta Gdańska ds. bursztynu.
350 osób jednocześnie będzie szlifować bursztyn w AmberExpo. To próba pobicia ubiegłorocznego rekordu Polski, który również ustanowiono w Gdańsku – wtedy bursztyn obrabiały 152 osoby. Jak narodził się pomysł i co trzeba zrobić, żeby taką próbę w ogóle przeprowadzić?
– Trzeba wydać bryłki, trzy papiery ścierne, dwie pasty polerskie, oni to muszą umyć, dostać rzemyk, fartuchy, to cała logistyka – mówi Robert Pytlos. – Biuro Rekordów wyraziło swoją wielką satysfakcję i zadowolenie, że to jest taki fajny rekord, bo on jest związany ściśle z danym miastem i z bogactwem danego miasta, a jednocześnie jest taki społeczny i taki angażujący ludzi.
Pytlos, który sam zdobył kwalifikacje czeladnika w zawodzie bursztyniarz i przygotowuje się do egzaminu mistrzowskiego, mówi o trzech obszarach: rzemiośle, designie i sztuce. Każdy wymaga innych kompetencji, ale wspólnym mianownikiem jest umiejętność pracy z materiałem.
– Łatwo jest zrobić jeden wisiorek, ale już kolejne i jeszcze ćwiczyć kulki, formy z ręki… Jak się człowiek uczy na czeladnika, to nabiera szacunku dla rzemiosła, bo sam się uczy i widzi, że to nie jest takie proste.
Jak się okazuje, nawet pozornie prosty bursztynowy wisiorek wymaga wprawy, a szczególnie trudne jest wiercenie – bursztyn jest łatwy w obróbce, ale jednocześnie kruchy i może pęknąć w najmniej oczekiwanym momencie.
Więcej w rozmowie, którą z Robertem Pytlosem, przeprowadziła Agata Olszewska:
Agata Olszewska/SG








