Przemysław Chłąd jest człowiekiem drogi, który załatwić może wszystko. Jego historia to książkowy przykład, jak determinacja, zaangażowanie i ciężka praca są w stanie sprawić, że dokonywanie niemożliwego jest całkiem możliwe. To on odpowiada za organizację tras koncertowych Behemotha, obecnie jednego z największych metalowych zespołów na świecie.
Z zawodu oraz pasji menager, tour menedżer deklaruje, że postanowił nieco zwolnić tempo. Energii mu jednak zdecydowanie nie brakuje. Z Behemothem, projektem Me And That Man oraz Czesławem Mozilem odwiedził wiele estrad. Wprawdzie nie było go widać na scenie, ale to właśnie on ją tworzył. Odpowiadał za to, aby wszystko było na swoim miejscu. Kiedy trzeba było, robił wszystko, aby koncert się odbył. Jak podkreśla, to jest w tej branży najważniejsze.
Karierę zaczynał jako muzyk. Potem dorabiał w roli kierowcy zespołu Kombii. Któregoś dnia otrzymał telefon od swojego kolegi Adama „Nergala” Darskiego, lidera formacji Behemoth, z interesującą propozycją.
– Jestem w Busku-Zdroju. Dzwoni Adam i pyta się, co robię przez najbliższy miesiąc. Odpowiedziałem, że planuję chodzić do pracy. On wytłumaczył, że jest sprawa. „Techniczny, który jest z nami na trasie uszkodził sobie plecy. Może chciałbyś przyjechać za niego?” – wspomina Przemysław Chłąd.
WYMAGAJĄCE POCZĄTKI
Wszystko brzmiało jak szansa na świetną przygodę. Obecnie owa przygoda trwa już ponad 20 lat. Wszystko zaczęło się niewinnie wraz z niespodziewanymi wyzwaniami.
– Wziąłem miesiąc urlopu. To była sobota. W poniedziałek wylądowałem na trasie. Nie miałem walizki, więc kupiłem taką najtańszą, ale i największą. Na lotnisku w Gdańsku urwało mi się jedno kółko. Na lotnisku w Monachium urwało mi się drugie kółko. Na miejsce musiałem jechać kolejką miejską. I w tym pociągu urwała mi się rączka. Zatem ostatni kilometr, ważącą 26 kilogramów walizkę, niosłem pod ręką. Tak zaczęła się moja pierwsza trasa z Behemoth – dodaje z uśmiechem.
Posłuchaj rozmowy z tour managerem gwiazd muzyki metalowej:
Piotr Bonar/kp








