Plaga nieuzasadnionych wezwań pogotowia ratunkowego paraliżuje pracę zespołów medycznych, które coraz częściej zamiast ratować życie, leczą katar lub wystawiają recepty turystom.
– Jeszcze do niedawna największym problemem była zbyt mała liczba karetek. Teraz mierzymy się z plagą „lipnych” wezwań – zaznacza Andrzej Ruth, kierownik stacji pogotowia ratunkowego w Słupsku.
– Jeżeli wzywamy zespoły ratownictwa medycznego, to niech dotyczy to najcięższych przypadków. Każde zakłócenie w pracy zaburza nam organizację i możemy przez to nie zdążyć do kogoś, kto realnie potrzebuje ratunku – podkreśla.
Jak dodaje, w przypadku, gdy kogoś „od tygodnia boli głowa i nie wie, co mu jest”, to powinien po prostu iść do lekarza, bo nie jest to sytuacja nagła.

OBAWY MIESZKAŃCÓW
Obaw nie kryją także starsi mieszkańcy Ustki, którzy po ostatniej fali upałów na własnej skórze przekonali się o skali problemu.
– Od lat w naszym mieście brakuje karetki, dlatego w sytuacjach zagrażających życiu często przyjeżdżali do nas strażacy. Teraz, kiedy mamy w Ustce kilkadziesiąt tysięcy turystów, ratownicy mogą nie dawać rady. Jest obawa, że przez takie nieuzasadnione wezwania ktoś może nie doczekać ratunku – wyjaśnia Renata Koper z Ustki, która na przyjazd karetki do swojego chorego męża czekała prawie godzinę.
APEL O ROZSĄDEK
Zarówno pracownicy pogotowia ratunkowego, jak i mieszkańcy nadmorskich kurortów apelują o rozsądek, ponieważ w przypadku sytuacji zagrażającej życiu karetka może nie zdążyć z pomocą. Problem narasta w nadmorskich kurortach, gdzie najczęściej dzwonią turyści, którym nie chce się stać w kolejkach do lekarza. Policja może ukarać osobę bezpodstawnie wzywającą służby kwotą nawet do 1,5 tys. zł.
Posłuchaj materiału naszego reportera:
Łukasz Kosik/aKa
Czytaj także: Ratownicy medyczni na motocyklach będą pilnować bezpieczeństwa turystów








