Polska muzyka ludowa przez wieki opierała się na instrumentach, które dziś znamy jedynie z opowieści, archiwalnych nagrań czy muzealnych gablot. Skrzypce, basy, dudy, cymbały i ligawki tworzyły dźwiękowy krajobraz wsi, wyznaczały rytm obrzędów i towarzyszyły najważniejszym momentom w życiu społeczności. Wiele z tych instrumentów odchodzi jednak w zapomnienie razem z ostatnimi budowniczymi i muzykantami, którzy potrafili tchnąć w nie życie.
Przed rozpoczęciem opowieści o dawnych instrumentach wykorzystywanych w polskich utworach warto wspomnieć, że instrumentarium nie było jednolite. Znacząco różniło się w zależności od regionu, dostępnych materiałów i lokalnych zwyczajów. To, co grało na Podhalu, brzmiało zupełnie inaczej niż muzyka Wielkopolski czy Lubelszczyzny. Natomiast nie zabrakło im też cech wspólnych. Zwykle instrumenty budowano ręcznie, najczęściej z drewna pozyskiwanego w okolicy, a umiejętność gry przekazywano z pokolenia na pokolenie, bez nut, ze słuchu i przez naśladownictwo. Dziś ta ciągłość została w dużej mierze przerwana, a wierne odtworzenie dawnych brzmień wymaga żmudnej pracy etnomuzykologów, rekonstruktorów i pasjonatów.
Skrzypce, basy i cymbały, czyli trzon wiejskich kapel
Podstawą większości polskich kapel ludowych były instrumenty smyczkowe, a przede wszystkim skrzypce. To one prowadziły melodię, a od umiejętności skrzypka zależało, czy ludzie ruszą do tańca. Skrzypce ludowe różniły się od klasycznych. Ich budowa była znacznie prostsza, ich strojenie odbywało się inaczej, a technika gry uwzględniała charakterystyczne ozdobniki, pociągnięcia smyczka, a nawet “brudne” dźwięki, których obecnie unikamy.
Wsparciem dla skrzypiec bardzo często były basy, czyli instrumenty o niższym stroju, które dawały rytmiczno-harmoniczny fundament. W wielu regionach grano na tzw. basach kaliskich lub podobnych konstrukcjach, które nie były wielkimi kontrabasami, lecz mniejszymi instrumentami przystosowanymi do gry we wsi i na weselu.
Osobne miejsce zajmowały cymbały. To instrument strunowy, na którym gra się za pomocą pałeczek, uderzając w napięte struny. Ich metaliczne, migotliwe brzmienie było szczególnie charakterystyczne dla wschodnich terenów dawnej Rzeczypospolitej, gdzie przenikały się wpływy polskie, ukraińskie, białoruskie i żydowskie. Cymbalista musiał wykazać się wyjątkową zręcznością, bo tempo wielu melodii było szybkie. Dziś dobrych cymbalistów jest naprawdę niewielu. Nawet sama budowa instrumentu, wymagająca precyzyjnego rozmieszczania dziesiątek strun, stała się rzadką umiejętnością. To sprawia, że autentyczne, regionalne brzmienie cymbałów należy do najbardziej zagrożonych elementów polskiego dziedzictwa muzycznego.
Dudy, kozły i mazanki wśród brzmień, które prawie zamilkły
Kolejnym instrumentem, który znajduje się na liście najbardziej narażonych na zapomnienie, są zdecydowanie dudy i ich regionalne odmiany, takie jak kozioł biały i czarny z Wielkopolski czy sierszeńki. Są to instrumenty dęte z rezerwuarem powietrza w postaci skórzanego wora, dającego ciągły, nieprzerwany dźwięk uzupełniony charakterystycznym burdonem, czyli stałym, buczącym tłem. Ich budowa jest niezwykle skomplikowana, gdyż wymaga odpowiedniej wyprawy skóry, precyzyjnego wykonania piszczałek i stroików. Niebanalne jest również samo nastrojenie instrumentu i utrzymanie w grze. W efekcie ilość osób, które potrafią zbudować kozła jest w dzisiejszych czasach bardzo mała, a każdy taki rzemieślnik stanowi prawdziwy skarb dla lokalnej kultury.
W tej samej grupie trzeba wspomnieć również o mazankach. To małe, wysoko strojone skrzypce, na których grano w duecie z kozłem. Drugim instrumentem, o którym warto tutaj pamiętać, są suki, biłgorajska i mielecka. Ponownie są to instrumenty smyczkowe o unikatowej technice gry polegającej na skracaniu strun paznokciami z boku, a nie opuszkami palców od góry. Suki przez dziesięciolecia uchodziły za całkowicie wymarłe i zostały zrekonstruowane dopiero na podstawie archiwalnych fotografii i opisów. Ich powrót do życia to jeden z niewielu optymistycznych przykładów pokazujących, że nawet pozornie utracone brzmienia można odzyskać. Wymaga to jednak ogromnego wysiłku, determinacji i współpracy muzyków z badaczami, bo bez żywej tradycji przekazu każdy taki instrument trzeba niejako wynajdywać na nowo.
Instrumenty obrzędowe i sezonowe, czyli dźwięki związane z kalendarzem
Nie wszystkie tradycyjne instrumenty służyły do gry tanecznej czy weselnej. Wiele z nich było ściśle związanych z kalendarzem obrzędowym i pojawiło się tylko w określonych momentach roku. Doskonałym przykładem jest tutaj ligawka, czyli długa, drewniana trąba pasterska, na której grano przeważnie w okresie adwentu. Jej niski, dostojny dźwięk niósł się po okolicy w chłodne poranki, zapowiadając nadejście świąt i przypominając o zbliżającym się Bożym Narodzeniu. Podobną rolę pełniły rozmaite trombity i rogi, które w kulturze pasterskiej służyły zarówno do sygnalizacji, jak i do celów obrzędowych. Instrumenty te były nierozerwalnie związane z rytmem życia wsi, wyznaczanym przez pory roku i święta kościelne.
W okresie kolędowania szczególne znaczenie miały instrumenty towarzyszące śpiewowi – proste skrzypce, bębenki, a nawet improwizowane grzechotki, które nadawały rytm wędrówkom kolędników od domu do domu. Melodie takie jak pastorałka “Oj maluśki maluśki” wywodząca się z góralskiej tradycji Podhala, doskonale pokazują, jak ściśle śpiew splatał się z akompaniamentem instrumentalnym opartym na lokalnym brzmieniu. Ten sezonowy charakter sprawiał jednak, że umiejętność gry na instrumentach obrzędowych była szczególnie krucha. Używano ich raptem kilka razy w roku, tym łatwiej było je porzucić, gdy zmieniał się styl życia i słabły dawne zwyczaje. Co ciekawe, w takich warunkach nadal miały szanse przetrwać chociażby teksty kolęd, które znamy do dziś. Utrzymanie ich w pamięci było łatwiejsze, a sporadycznie używane instrumenty zastąpiono innymi, prostszymi i lepiej dostępnymi. Dziś to właśnie dzięki zespołom regionalnym, festiwalom folklorystycznym i instytucjom kultury te rzadkie brzmienia mają szansę przetrwać, choć ich obecność w codziennym życiu bezpowrotnie się skurczyła.
artykuł sponsorowany








