Darko Radulović, szkoleniowiec Kociewskich Diabłów uczulał swoich koszykarzy, by grali uważnie w defensywie i nie pozwolili zdobyć rywalom 70 punktów. Udało się i dlatego nawet mimo słabszej postawy w ataku, SKS wywozi z Poznania z konfrontacji z Enea Basketem cenną wygraną w Pierwszej Lidze 70:63. Rozpędzona machina z Kociewia działa, a trener pracuje na wysoki kontrakt w silniejszej lidze.
To było bardzo wyrównane widowisko, w którym żaden z zespołów nie uzyskał znaczącej przewagi. Punkt za punkt, wymiana za wymianę i testowanie, czy ktoś w tym wyścigu odpadnie z peletonu. Nikt nie odpadł i dlatego do ostatnich sekund ważyło się, czy starogardzcy koszykarze wyrównają bilans lidera pierwszoligowych zmagań, czy przegrają po serii trzech kolejnych wygranych.
Optymizmem powiało jeszcze przed meczem, wszak do składu wrócił wykluczony z gry na pięć spotkań Damian Jeszke, który w listopadzie złapał kontuzję stopy – kończyna po napuchnięciu urosła do nienaturalnych rozmiarów, rekonwalescencja po uporczywej dolegliwości wydłużyła się zaś w czasie.
A mimo to zespół przetrwał największy kryzys, bo o takim można mówić w kontekście grudniowego deficytu kadrowego, kiedy pod koszem oprócz Jeszkego brakowało także Mateusza Bartosza – obu absolutnie niezbędnych dla prawidłowego funkcjonowania graczy, ich niezdolność powodowała uszczuplenie możliwości i potencjału o wiele procent. Wielu trenerów w takiej sytuacji nie poradziłoby sobie z brakami, SKS za to potrafił wygrywać np. u siebie z Politechniką Opole, czy na wyjeździe z Astorią Bydgoszcz, przetrwał huragan rozpędzonych wzmocnieniami Żubrów Białystok i w nowy rok wszedł potyczką z Enea Basketem Poznań, który po zmianie trenera zdążył też wygrać dwa mecze.
OBRONA TO KLUCZ
Kluczowa okazała się defensywa. SKS mimo 25 strat i wielu spudłowanych rzutów z gry (ponad połowa), bronił szczelnie, zatrzymał rutynowanego Jamesa Washingtona, nie pozwolił rozbrykać się zza łuku Mikołajowi Stopierzyńskiemu, a sam w końcówce wytrzymał nerwy. Zimną krew zachowali Adrian Kordalski, który w końcówce zredukował straty z trzech do jednego punktu, oraz DeMonte Buckingham, odcinający prąd rywalom w ostatnich akcjach, gdy ci – już po zmianie prowadzenia – zaciekle dążyli do wyrównania. Efekt? Czwarte zwycięstwo z rzędu SKS-u, pozycja wicelidera z identycznym bilansem punktowym jak ŁKS Coolpack Łódź i dobra pozycja wyjściowa przed bardzo wymagającymi meczami z Resovią Rzeszów i derbowym z Decką Pelplin.
SKS jest naprawdę silny. Pod skrzydłami Radulovicia rosną postaci z pozoru drugoplanowe. Rafał Komenda pod nieobecność wspomnianych wcześniej podkoszowych, zrobił postęp w kontekście brania na siebie odpowiedzialności za wynik, podobnie zresztą jak Arkadiusz Adamczyk. Kiedy słabszy mecz przytrafia się Adrianowi Kordalskiemu, kolejny bardzo dobry rozgrywa Sebastian Kowalczyk. Z kolei sam Radulović dba, by w kadrze każdy otrzymał swoje minuty, swoje zadania, a ci najważniejsi potrafili odpoczywać, zbierając siły na ważniejszy fragment sezonu.
CO Z CELAMI?
W Starogardzie Gdańskim nie chcą wywoływać wilka z lasu, więc tak przed sezonem, tak i teraz, nie będzie deklaracji o czymś poważniejszym niż satysfakcjonujące miejsce w play-off. Ale „król jaki jest, każdy widzi”, więc i pytania o walkę o awans do Ekstraklasy wydają się zasadne. W tej lidze wiele zespołów boi się o tym głośno mówić, bo i weryfikacja bywa brutalna. Elita koszykarska w Polsce wymaga znacznie większych nakładów finansowych, których gwarancji na ten moment w stolicy Kociewia nie ma. Ale przecież nie tak dawno, ledwie kilka lat temu, gdy klub spadał z Ekstraklasy, nikt nie wyobrażał sobie, by do niej nie chciano powrócić. Zakładano plan trzyletni, dziś wydłużony o piąty sezon Kociewskich Diabłów na zapleczu. I choć wielu się przyzwyczaiło, a nawet oswoiło z rolą siłacza w Pierwszej Lidze, to jednak znajdą się i tacy, którzy zechcą przypomnieć sobie stare, dobre czasy Hicksa, Okafora, czy McCauleya.
CHCĄ, MOGĄ?
Należy więc zadać pytanie: Czy Starogard Gdański stać na wchodzenie do starej, dobrze znanej rzeki o nazwie Orlen Basket Liga? Wielu to pytanie zechce zbyć, potraktować jako zbyt wczesne, budujące niepotrzebną presję, popartą w dodatku bilansem budżetowym, który kilka miesięcy temu nie zakładał szans na aż tak mocny występ w tym sezonie. Na razie „liczy się każdy kolejny mecz”, ale z taką grą, takimi zawodnikami, trenerem i łebskim sprawczym prezesem, SKS staje się jednym z 2-3 faworytów do walki o awans. I gdyby ten stał się skutkiem ubocznym fantastycznie poukładanej machiny – świetnie dla miasta, kibiców i pomorskiej koszykówki, gdyby wszyscy stanęli na wysokości zadania i odnaleźli się w tej trudnej rzeczywistości. Ale to dylemat do którego jeszcze bardzo daleko.
Paweł Kątnik





