Satyra na show-biznes. „Polskie gówno” wchodzi w piątek do kin [RECENZJA]

Tymanski Tymon

Pierwszy polski musical punk rockowy, tak twórcy mówią o filmie „Polskie gówno”, który od piątku 6 lutego będzie można oglądać w kinach. W poniedziałek wieczorem odbyła się gdańska premiera obrazu, w której uczestniczyli m.in. autor scenariusza Tymon Tymański i reżyser Grzegorz Jankowski. Film wyśmiewa polski światek celebrytów muzycznych. Mimo, że tworzą oni wpadające w ucho piosenki, to miałkość intelektualna tekstów jest porażająca. Tymczasem artyści, którzy tworzą z przekonania, klepią biedę. Lider zespołu Tranzystory z Pruszcza Gdańskiego popada w długi. Jerzy Bydgoszcz (w tej roli Tymon Tymański) wziął kredyt na wydanie płyty, ale wytwórnia splajtowała. Zgłasza się do niego komornik Czesław Skandal (Grzegorz Halama), który chcąc odzyskać pieniądze organizuje zespołowi trasę koncertową. W czasie podróży muzycy zmagają się z byciem wiernymi ideałom i wykonywaniem utworów zgodnych z gustami publiczności.

Jak na musical przystało, główną osią są piosenki. Komentują dotychczasowe wydarzenia, czasem są elementem akcji. Są ostre rockowe rytmy z tekstami pełnymi emocji z głębi serca a także przyjemne melodie, ale z satyrycznym tekstem. Widz odnajdzie nawiązania do utworów popularnych w Polsce grup, np. Kombii i T.Love. Twórcy starali się pokazać sporo gatunków muzycznych. Mamy więc śpiewany dialog, niemal jak w operze (rozmowa syna z ojcem, czyli Tymona Tymańskiego z Marianem Dziędzielem) lub śpiewy kojarzone z zaangażowaniem religijnym. Genialna wręcz jest scena, w który Roman Bloom (Jan Peszek) modli się do bożka Szołbiznesa. Akompaniuje mu „organista”, w którego wcielił się Leszek Możdżer. Na ekranie pojawiło się wiele znanych nazwisk, np. Sonia Bohosiewicz, Czesław Mozil, Arkadiusz Jakubik, Bartłomiej Topa i Krzysztof Skiba.

Na szczególną uwagę zasługuje postać Czesława Skandala. Grzegorz Halama stworzył antypatycznego, obrzydliwego i żałosnego menadżera, który oszukuje muzyków. Jednocześnie mimo odpychającego wyglądu i zachowania, jest Don Juanem, któremu ulega praktycznie każda kobieta.

Przesłanie filmu jest dość proste. To komedia, która ma zdemaskować sztuczność polskiego show-biznesu. „Artyści” mają tylko jeden cel – zarabianie pieniędzy. Nie ma ideałów. Na pewno jest to ważny głos w dyskusji o polskiej scenie i muzyce rozrywkowej. To mocno wyrażone zdanie, pełne słownictwa spod budki z piwem. Rynsztokowe wypowiedzi podkreślają beznadziejność sytuacji – nie ma możliwości spełnienia marzeń o karierze, fanach, godziwym życiu, czy kochających partnerkach.

Pierwsze sceny nakręcono w 2008 roku. Film z powodu kłopotów finansowych powstawał siedem lat. Podczas 39. Festiwalu Filmowego w Gdyni obraz został zaprezentowany w sekcji Inne spojrzenie i otrzymał nagrodę publiczności. – „Polskie gówno” jest o ludziach pozbawionych łokci, by umiejętnie się rozpychać, mówił w czasie gdańskiej premiery reżyser Grzegorz Jankowski. – To film przyjaźni, zrobiony przez przyjaciół, dodawał autor scenariusza Tymon Tymański.

Film jest momentami obrzydliwy. Nie polecam go osobom o wrażliwej naturze estety. Trzeba przebić się przez odpychającą warstwę, aby zrozumieć głębszą motywację twórców. Przypomina mi to działania TOTARTu, dawnego ruchu studenckiego w Trójmieście, którego uczestnikiem był m.in. Tymon Tymański. Wtedy studenci organizując szokujące akcje chcieli wstrząsnąć społeczeństwem żyjącym w PRL. Teraz „Polskie gówno” ma wstrząsnąć odbiorcami popkultury w Polsce. Może się zbuntują i nie będą słuchać jedynie tych, którzy chcą na nich zarobić?

Marzena Bakowska
plakat polskie g
Zwiększ tekstZmniejsz tekstCiemne tłoOdwrócenie kolorówResetuj