250 osób z dnia na dzień zostało bez pracy. Pożar, z którym strażacy walczą od doby, doszczętnie strawił większość zakładu produkcyjnego aerozoli w podusteckim Charnowie. Całkowitemu zniszczeniu uległy hale produkcyjne i magazynowe. Dziś wielu pracowników, którzy jeszcze kilka dni temu remontowali budynki, nie może uwierzyć w to, co się wydarzyło.
– Łzy cisną się do oczu. Jednego dnia zakład jest, a drugiego nie ma nic. Wszyscy jesteśmy dziś załamani, nie wiemy co dalej – mówi jeden z pracowników.
Choć pożar został już opanowany, to nadal na miejscu działa pięć zastępów straży pożarnej, które dogaszają tlący się żar pod stertami powyginanej od temperatury blachy i stali. Zdaniem kapitana Piotra Basaraba z PSP w Słupsku to jeden z największych i najtrudniejszych pożarów, z jakimi ratownicy musieli się zmierzyć.
– W krytycznym momencie zaangażowanych było 60 zastępów, czyli 200 strażaków dysponujących 54 wozami. W czasie gaszenia pożaru doszło do kilku eksplozji, zarówno większych, jak i mniejszych. Dodatkowym utrudnieniem były pojemniki dezodorantów, które eksplodując, latały niczym pociski – zaznacza.

Największym zagrożeniem były znajdujące się na terenie zakładu wielkogabarytowe zbiorniki z gazem LPG, dlatego przy użyciu zdalnie sterowanych robotów gaśniczych ratownicy przez cały czas trwania akcji schładzali je ciągłym strumieniem wody.
UCIECZKA DO LASU
Przerażenia pożarem nadal nie ukrywają ewakuowani mieszkańcy, którzy dopiero dziś wrócili do domów i sprawdzają, czy ich dobytki przetrwały.
– W powietrzu nadal czuć chemię, dlatego nosimy maseczki. Na szczęście oprócz bałaganu, fragmentów dachu hali produkcyjnej i błota na podwórku, nie mamy większych strat, ale strach pozostał. Nie życzę nikomu takiego przeżycia, kiedy zostawiasz cały dobytek i uciekasz, nie wiedząc, czy będziesz miał gdzie wrócić – zwierzała się właścicielka domu znajdującego się zaledwie kilkanaście metrów od miejsca akcji gaśniczej.
Czarny, toksyczny dym i głośne wybuchy pojemników ciśnieniowych sprawiły, że mieszkańcy jeszcze zanim dojechały służby, rzucili się do ucieczki.
– Przez ten dym nic nie było widać. Mój dom przylega do fabryki, więc czuliśmy nie tylko żar kilkudziesięciometrowych płomieni, ale i ten duszący dym. Zostawiliśmy wszystko oprócz telefonów i dokumentów i ruszyliśmy z sąsiadami w stronę lasu, pod wiatr, aby tylko złapać oddech czystego powietrza. Do teraz mam trudności z oddychaniem – opisuje jedna z mieszkanek.
„TO BYŁ CUD”
W pożarze doszczętnie spłonęło prawie 6 tysięcy metrów kwadratowych hal produkcyjnych i magazynowych. Robert Mielniczek, którego dom znajduje się najbliżej pogorzeliska, był przekonany, że jego dom także spłonie.
– Przez kilkanaście minut widziałem tylko zbliżające się płomienie i czarny dym, który pochłonął mój dom. Byłem przekonany, że straciłem wszystko, ale kiedy zmienił się wiatr, żywioł zmienił kierunek i dom ocalał. Starałem się pomóc pracownikom, którzy uciekali z terenu zakładu, ale ogień był tak wielki, że nie było możliwości. Całe szczęście, że nikt nie zginął – dodaje.

PROKURATURA BADA SPRAWĘ
Straty liczone są w dziesiątkach milionów złotych. Na razie nie jest znana przyczyna pożaru. Na miejscu nadal tli się ogień. Aby biegli z zakresu pożarnictwa mogli rozpocząć działania, strażacy muszą najpierw zabezpieczyć miejsce zdarzenia tak, aby nie stanowiło dla nikogo zagrożenia, co może potrwać jeszcze kilka dni. Prokurator Paweł Wnuk z Prokuratury Okręgowej w Słupsku zaznacza, że w środę na miejscu pojawią się śledczy.
– W związku z pożarem, który wybuchł w Charnowie, w obecności biegłego z zakresu pożarnictwa zostaną przeprowadzone oględziny – zabezpieczenie śladów kryminalistycznych w celu ustalenia dokładnych przyczyn powstania zdarzenia – dodaje.
Śledztwo będzie prowadzone w kierunku spowodowania niebezpiecznego zdarzenia w postaci pożaru, który zagrażał mieniu o wielkich rozmiarach. Zostanie również zbadany wpływ zaistniałego pożaru na środowisko naturalne. Z dotychczasowych ustaleń wynika, że w pożarze nikt nie ucierpiał. Za spowodowanie pożaru, który zagrażał mieniu wielkich rozmiarów, grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności.
Posłuchaj materiału reportera:
Łukasz Kosik/kp








