Wspierają Ukraińców od wybuchu wojny. Nasza reporterka towarzyszyła grupie niezwykłych Polaków

Zdjęcie ilustracyjne (fot. PAP/Vladyslav Musiienko)

Pierwszy raz pojechali z pomocą czwartego dnia od wkroczenia rosyjskich wojsk. Od lutego polscy przyjaciele Ukrainy zawieźli pomoc humanitarną w różne ukraińskie miejsca kilkadziesiąt razy. Obecnie skupiają się na pomocy w Charkowie, mieście położonym 30 kilometrów od rosyjskiej granicy, które codziennie jest ostrzeliwane rakietami. O przyjaciołach, którzy postanowili pomagać Ukraińcom aż do zwycięstwa, opowiada Marharyta Sytnyk, która wyruszyła z nimi na misję humanitarną.

24 lutego 15 przyjaciół po rozmowie na czacie zdecydowało, że będą pomagać Ukrainie tak, jak tylko się da. Gdy jechali do tego kraju pierwszy raz, spędzili w trasie 32 godziny – w tym czasie na polsko-ukraińskiej granicy stały wielkie kolejki ukraińskich kobiet i dzieci, część ziemi kijowskiej i charkowskiej była już okupowana, a wróg codziennie ostrzeliwał kraj rakietami z „gradów”.

– Jeden z członków grupy wziął kilkumiesięczny urlop z pracy, żeby skoncentrować się na pomocy Ukrainie, inny oddał część oszczędności. Wśród przyjaciół-wolontariuszy jest Michał – Polak, który specjalnie przylatuje do Warszawy z Belfastu, żeby zasiąść za kierownicą samochodu i zawieźć pomoc humanitarną. Inny, również Michał, gdy po raz pierwszy poprowadził bus humanitarny na Ukrainę, rozdzielił funkcje, decydując, kto odpowiada za zakup leków, wynajem samochodów czy kupno artykułów spożywczych. Zespół pracuje w sposób zorganizowany – opowiada Adam Kurzelecki, jeden z wolontariuszy.

– Zebraliśmy się i postanowiliśmy, że będziemy zbierali środki we własnym gronie, wśród firm zaprzyjaźnionych i tych, w których pracujemy. I to udaje się już siódmy miesiąc. Olgierd był już ponad 30 razy, ja dosłownie parę razy, bo pracuję, podczas gdy on rzucił pracę; to kolejne poświęcenie z jego strony – dodaje.

PRZYZWYCZAILI SIĘ DO TRWAJĄCEJ WIELE DÓB JAZDY

Wieczorami w Warszawie pakują żywność do paczek. Na wyjazd do Charkowa udało się zebrać 3,9 tony żywności i podzielić ją na 600 paczek. W każdej są kasze, makarony, konserwy, cukier – wszystkiego tyle, żeby wystarczyło rodzinie na miesiąc. Droga na Ukrainę zajmuje kilka dób, ale dla wolontariuszy to już kwestia rutyny. Adam Kurzelecki kieruje autem do Charkowa drugą dobę.

– O godzinie 5:00 zaczyna się drugi dzień naszej podroży. Do Charkowa mamy mniej więcej od sześciu i pół do siedmiu godzin. Wczoraj było na ostro, 18 godzin. Jak zwykle wychodzą niezaplanowane rzeczy – mówi.

ZDĄŻYĆ PRZED GODZINĄ POLICYJNĄ

Tym razem w Polsce załadowano aż cztery samochody. Jest na nich 16 łóżek, sprzęt i medykamenty dla charkowskiego szpitala kardiologicznego, żywność dla ludzi z wyzwolonych terenów, ciepła odzież dla żołnierzy. Wszystko kupione za własne pieniądze i dzięki wsparciu przyjaciół, sponsorów oraz wszystkich, którym nie jest obojętne to, co dzieje się na Ukrainie. Adam tłumaczy, że zadanie polega na szybkim dojechaniu do Kijowa przed godziną policyjną, przenocowaniu i ponownym wyruszeniu z samego rana do Charkowa, żeby zdążyć się rozładować i wrócić w mniej więcej bezpieczne miejsce przed kolejną godziną policyjną.

– 2 marca pojechaliśmy tam po raz kolejny. Wzięliśmy tamtejsze szpitale tak jakby pod opiekę, pod swoje skrzydła. Tym razem też wieziemy dla nich dużą dostawę, którą zrobiliśmy według listy potrzeb. Szpital jest zdecydowanie niedofinansowany. W czasie działań wojennych, które do niedawna odbywały się jakieś 20-30 kilometrów od Charkowa, było bardzo kiepsko nawet z dostawami żywności, nie mówiąc już o lekarstwach czy urządzeniach medycznych. Dlatego jedziemy czterema autami.

ROZŁADOWYWANIE Z ALARMEM W TLE

Charków jest pod ostrzałem od pierwszego dnia „pełnowymiarowego” wkroczenia Rosji w lutym. Prawie codziennie są ofiary w ludziach. Okupanci całkowicie zniszczyli rejon Saltiwka. W mieście znajdują się punkty kontrolne, w każdym momencie może zabrzmieć syrena alarmowa, a to oznacza kolejne zniszczenia i ofiary – wspomina swój pierwszy pobyt w mieście Olgierd Rzeczycki, który przewodzi grupie przyjaciół-wolontariuszy.

– O godzinie 3:53 strzelały „grady”. W nocy zatrzymali nas na poczcie. Budynek został ostrzelany przez grady, ale udało nam się uciec bez strat własnych – wspomina swój pierwszy pobyt w mieście Olgierd Rzeczycki, który przewodzi grupie przyjaciół-wolontariuszy.

To doświadczenie nie odstraszyło wolontariuszy. Przeciwnie, widok zniszczeń sprawił, że wybrali na główny cel swojej pomocy Charków. Dostawszy się do szpitala, szybko rozładowują busy, słuchając dźwięków alarmu lotniczego.

SERCA NIE WYTRZYMUJĄ NAPIĘCIA

Z powodu wojny i ciągłego bombardowania od lutego w szpitalu jest coraz więcej pacjentów, głównie tych, którzy potrzebują natychmiastowej pomocy. Leczą się tu zarówno cywile, jak i żołnierze z frontu. Oleksij Tkaczuk, kierownik Oddziału Anestezjologii Instytutu Chirurgii imienia Zajcewa, twierdzi, że często trafiają się choroby serca, a zapadają na nie osoby przed „czterdziestką”.

Ludzie się denerwują, wojna to dla nas wszystkich taki stres, że nie mogę nawet wyrazić tego słowami. Poza tym jest teraz wielki problem z lekami, a starsi ludzie każdego dnia przyjmują leki, więc teraz to dla nich wielki problem; dlatego komplikacje kardiologiczne i naczyniowe są coraz większe. Trafia do nas 50-70 proc. więcej takich chorych, ogromna część z nich jest w wieku 70-80 lat – wyjaśnia.

LUDZIE NORMALNIE PRACUJĄ

Okna szpitala kardiologicznego są zasłonięte, żeby w ciągu dnia do budynku nie dostawało się światło słoneczne, takie są zasady bezpieczeństwa. Obecnie trwają tu przygotowania do zimy i możliwych bombardowań infrastruktury. Kilka dni temu Rosjanie atakowali elektrociepłownię. Nikt nie ma tu wątpliwości, że do większych ataków znów dojdzie, ale miasto funkcjonuje od zagrożenia do zagrożenia.

– Powinniśmy całodobowo nieść pomoc medyczną, przygotowujemy się, na ile jest to możliwe – dodaje kierownik Tkaczuk.

– Kiedy ostatnio wróciłem z Ukrainy, oczywiście wszyscy pytali, jak tam jest, głodni informacji o tym, co się dzieje, może dramatycznych historii. A mi zostało w głowie jedno, największe wrażenie, że ludzie sobie radzą, że zachodnia i centralna Ukraina aż do Charkowa normalnie pracują, ludzie chodzą do pracy, służby porządkują miasto, strzygą trawniki i pielęgnują kwiaty, w sklepach jest zaopatrzenie. To najważniejsze, co będę miał do przekazania swoim dzieciom, ale również to, że człowiek jest wielki i potrafi pokonywać wszelkie trudności, więc ma pomagać nawet w okolicy – podkreśla Adam.

WSPIERAĆ TRZEBA BĘDZIE JESZCZE DŁUGO

Już w lutym zdecydowali, że pomoc będzie potrzebna Ukrainie przez długi czas, a nie tylko w czasie pierwszych miesięcy konfliktu, bo wojna będzie trwać, a pomocy humanitarnej z różnych przyczyn będzie stawało się coraz mniej; dlatego musi być ona silniejsza właśnie teraz. Tej strategii się trzymają.

– W XXI wieku wojna nie ma prawa się zdarzyć. To barbarzyństwo i zbrodnię ludobójstwa po prostu trzeba osądzić. Ruiny, bezdomni, całkowicie zniszczona Saltowka tuż obok. Ktoś musi odpowiedzieć za to wszystko – podkreśla Olgierd. Na pytanie: „Kto?” odpowiada: „Bandyci z Rosji i władza rosyjska, ale również społeczeństwo, która popiera ją w wyborach. Dopóki starczy sił, życia i energii, dopóki moi koledzy będą chcieli mi pomagać, będziemy jeździć”.

Po rozładowaniu busów w charkowskim szpitalu część samochodów wraca do Kijowa. Ledwo zdążają przed godziną policyjną. Nocowanie w Charkowie jest niebezpieczne – za dnia Rosjanie znowu uderzyli w elektrociepłownię; w efekcie miasto na kilka godzin spowiła ciemność, a w szpitalu włączył się generator. Następnego dnia pozostali przyjaciele Ukrainy wyruszyli do Iziumu, z konwojem wojskowym i bez dziennikarzy. Przywieźli żywność – największy skarb dla ludzi dopiero co uwolnionych spod rosyjskiej kurateli.

Posłuchaj reportażu „Kharkow”:

Reportaż „Kharkow” – wersja ukraińska:

Marharyta Sytnyk (tłum. Daniel Wojciechowski, Dmytro Vasylchuk)/MarWer 

Komentarze


Zwiększ tekstZmniejsz tekstCiemne tłoOdwrócenie kolorówResetuj