Poznańska manita, Lechia kompletnie rozbita. Pięciobramkowy blamaż z mistrzem Polski

(Fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk)

To był obraz nędzy i rozpaczy. Lechia w Poznaniu nie wyglądała jak zespół ekstraklasy. Nie wyglądała nawet jak zespół. To był zbiór piłkarzy, który został obnażony przez Lecha. Mistrz Polski urządził sobie trening strzelecki i zasłużenie wygrał 5:0.

Marcin Kaczmarek mówił i po meczu z Radomiakiem, i przed spotkaniem z Lechem, że w grze Lechii musi zmienić się wszystko. Zmienił sporo w składzie, bo nie mógł skorzystać z Michała Nalepy, a na ławce posadził Kevina Friesenbichlera i Kacpra Sezonienkę. Swoje szanse dostali Joel Abu Hanna, Dominik Piła i Bassekou Diabate. I co? I nic.

MILIĆ ROZPOCZĄŁ STRZELANIE

Lech, który w lidze miał w ostatnich tygodniach wielkie problemy, od pierwszych minut był zdecydowanie lepszy. Brakowało czasem ostatniego podania, czasem wykończenia, ale poznaniacy dominowali. I potwierdzili to w 25. Minucie. Dośrodkowywał Pedro Rebocho, piłkę głową strącił inny defensor Antonio Milić i skierował ją do bramki tuż przy dalszym słupku. Bezradny Dusan Kuciak mógł tylko odprowadzić futbolówkę wzrokiem. To był już szósty strzał Lecha w tym spotkaniu.

Poznaniacy mieli wszystkie argumenty. Rebocho wyglądał jak młodszy brat Joao Cancelo, powinien mieć drugą asystę, ale Adriel Ba Loua znanym tylko sobie sposobem nie wykorzystał znakomitego dogrania. Lechia odpowiedziała jedną szarżą i niecelnym strzałem Diabate, dorzuciła kilka wrzutek z akcji czy stałych fragmentów gry.

KUCIAK STRACIŁ GŁOWĘ

Jednobramkowy deficyt do przerwy nie byłby jeszcze katastrofą, ale było nią zachowanie Kuciaka w 44. minucie. Dostał podanie od Jarosława Kubickiego i z pełną mocą huknął wprost w pressującego Michała Skórasia. Juergen Klopp mówił kiedyś w kontekście kryzysu jego zespołu, że czasem, kiedy psuje się w domu pralka, wysiada też lodówka i piekarnik. W Lechii pękła rura z wodą, odcięto prąd, a ktoś wybił szybę w oknie.

Po przerwie gdańszczanie mieli nieco lepszy, delikatnie zaznaczony moment. Był rzut rożny, po którym uderzał Łukasz Zwoliński, ale Filip Bednarek poradził sobie bez problemów. Ta odwilż wynikała raczej z tego, że gospodarze zdjęli nogę z gazu, niż z postępu w grze Lechii. Ta dalej była niedokładna, źle zorganizowana, chaotyczna. Lech przeczekał i znów uderzył. W 67. minucie po zamieszaniu przy rzucie rożnym z 16 metrów uderzał Afonso Sousa, Kuciak piłkę odbił, ale dobitka Mikaela Ishaka była skuteczna.

Kaczmarek robił zmiany, szukając rozpaczliwego impulsu i bronienia honoru. John van den Brom robił zmiany, by dać odpocząć liderom i odblokować tych, którzy tego potrzebowali. A jednym z nich był Kristoffer Velde. I Norweg ze swojej szansy skorzystał. W 83. minucie przyjął podanie od Filipa Marchwińskiego, bez problemów zrobił sobie miejsce przy pilnującym go Filipie Koperskim i strzałem w kierunku dalszego słupka pokonał Kuciaka jako czwarty. Chwilę później to powtórzył, tym razem z pomocą Abu Hanny. Po stracie Kacpra Sezonienki Lech ruszył lewą stroną. Velde znów zszedł na prawą nogę, uderzył bliźniaczo, a rykoszet od nogi Abu Hanny sprawił, że Kuciak tylko bezradnie usiadł na murawie. 5:0.

TAK DZIŚ WYGLĄDA LECHIA

Ten mecz był manifestacją. Manifestacją tego, w jakim stanie jest obecnie Lechia. Rozklekotana drużyna, której trener jeszcze przed meczem pogodzony był z losem, jakim nieuchronnie musiało być zwolnienie. Pogubieni piłkarze, wyglądający jak zbiór zawodników testowanych. Tak, to ta sama ekipa, która w poprzednim sezonie grała efektownie, zajęła 4. miejsce i dobrze pokazała się w Lidze Konferencji. A odpowiedzialni za cały ten bałagan zmienią trenera, licząc na utrzymanie, a w przypadku powodzenia tej misji – nic się nie zmieni.

Lech Poznań – Lechia Gdańsk 5:0
Bramki: Antonio Milić 25′, Michał Skóraś 44′, Mikael Ishak 67′, Kristoffer Velde 83′, 88′

Tymoteusz Kobiela

Zwiększ tekstZmniejsz tekstCiemne tłoOdwrócenie kolorówResetuj