Reprezentacja Polski eliminacje do MŚ zaczęła w Gdyni od zwycięstwa nad teoretycznie najsłabszą w grupie Austrią. Awans do drugiego etapu zapewniła sobie w Polsat Plus Arenie, pokonując teoretycznie najsilniejszą Łotwę. Zwycięstwo 92:72 było czwartym z rzędu. Efektowne wsady Sokołowskiego i Urbaniaka stanowiły piękne zwieńczenie znakomitego widowiska.
Biało-czerwoni w wyjściowej „piątce” z rozgrywającym AMW Arki – Kamilem Łączyńskim – znakomicie otworzyli spotkanie. Po „trójkach” wyżej wymienionego oraz Jordana Loyda i udanych akcjach Sokołowskiego i Ponitki prowadzili 10:2, zmuszając trenera gości do poproszenia o przerwę.
Dwucyfrową przewagę (16:6) nasz zespół osiągnął po dwójkowej akcji – związanych w przeszłości z Gdynią – Mikołaja Witlińskiego i Przemysława Żołnierewicza. Piętnastopunktową przewagę (21:6) zapewnił nam były podkoszowy Trefla – Dominik Olejniczak. Końcówka należała jednak do rywali i w konsekwencji po pierwszej kwarcie Polacy prowadzili tylko 23:16, aczkolwiek skuteczność z gry na poziomie 64 procent zasługiwała na pozytywną ocenę.
W połowie drugiej kwarty, za sprawą udanych akcji naszych centrów – Olejniczaka i Witlińskiego – udało się odbudować przewagę na dwucyfrowym poziomie.
Kiedy Łotysze znowu skrócili dystans, dwoma zagraniami na poziomie NBA popisał się Łączyński. Asysta do Olejniczaka to było danie „palce lizać”, a 14-punktowa przewaga także była smakowita.

Najwyższą, 18-punktową przewagę biało-czerwoni osiągnęli na koniec pierwszej połowy. Po wygraniu drugiej kwarty 31:20 prowadzili 54:36. Loyd miał na koncie 15 pkt, a Ponitka – 3 faule. Utrzymywaliśmy skuteczność z gry na poziomie ponad 60 proc., podczas gdy rywale mieli zaledwie 37 proc. Rządziliśmy także na tablicach, prowadząc w zbiórkach 22:11.
Po udanej akcji na otwarcie drugiej połowy Dominika Olejniczaka po raz pierwszy przewaga Polaków osiągnęła 20 pkt.
W połowie kwarty niepotrzebnie wprowadziliśmy do gry elementy… szachów. Długo rozgrywane akcje były kończone wymuszonymi, nerwowymi rzutami, co spowodowało, że przewaga zaczęła topnieć. Na taki scenariusz nie zgodził się Michał Sokołowski, który sfinalizował dwie akcje 2+1, co ponownie uczyniło sytuację komfortową. Po trzech kwartach było 70:54 i trzeba było ten mecz po prostu dograć. W razie ewentualnych problemów w odwodzie pozostawał Mateusz Ponitka, który po złapaniu trzeciego faulu obserwował poczynania kolegów z ławki rezerwowych.
Tymczasem, nie wiedzieć czemu, w poczynania zespołu wdarł się chaos, kilka strat, szczęśliwe rzuty gości i zrobiło się tylko 72:60, a do końca było jeszcze osiem minut…
Do gry wrócił kapitan Ponitka, ale pierwsze skrzypce grał Michał Sokołowski, który bronił, rzucał, a gdy trzeba było, także rozgrywał. Łotysze w końcówce zostali stłamszeni, a wynik 92:72 mówi wszystko.
Włodzimierz Machnikowski/puch








