Dziwne, ekspresyjne portrety, które można zobaczyć w witrynach Teatru Mostownia na rogu ulic Grunwaldzkiej i Miszewskiego w Gdańsku, to prace Jakuba Wasilewskiego. Artysta, absolwent gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, od lat maluje ludzi zmęczonych, zniszczonych, stojących na marginesie społeczeństwa. Dziś jego „Piękna brzydota” wyraźnie się jednak zmienia. W rozmowie opowiada o przypadku, który w malarstwie uważa za najlepszą rzecz, o rzeźbieniu farbą, swoich mistrzach i twórczym „pozytywnym obłędzie”.
Piotr Puchalski: Mam wrażenie, że „Piękna brzydota” pojaśniała. Przez lata wszystko było ciemne, spływało brązami, a teraz widzę prawie neonowe kolory.
Jakub Wasilewski: Wcześniej zdarzało mi się używać ostrych kolorów, ale do cyklu „Piękna brzydota” podchodziłem koncepcyjnie. Chciałem, żeby te twarze były bliższe naturze, bliższe prawdzie. Teraz wchodzę w abstrakcję i pojawiają się kolory, często przypadkowo. Przypadek, moim zdaniem, to najlepsza rzecz, jaka się zdarza w malarstwie. Kładę [farbę] laserunkiem i wyłania się coś, o czym początkowo nie pomyślałem. Część procesu jest zamierzona, a część wynika z pracy. Wiadomo, jest też rozwój, zmiana we mnie, także może się zdarzyć, że za rok kolory znów będą inne.
PP: Ale sam rdzeń pozostaje ten sam, dalej masz potrzebę pokazywania ludzi zmęczonych, zniszczonych. Stałeś się Bukowskim gdańskiego malarstwa.
JW: Zawsze szedłem w tę stronę. Na początku to byli bezdomni, alkoholicy, ludzie marginesu. Osoby, które społeczeństwo zadeptuje, o których chce zapomnieć. Chciałem, żeby byli widoczni w moim malarstwie.
PP: Wychowywanie się w Gdańsku-Wrzeszczu mogło mieć na to wpływ? Lata 90. bywały ciężkie, tych inspirujących cię twarzy chyba było tu sporo.
JW: Zawsze opowiadam, że Wrzeszcz to był western. Wychodziłeś z klatki schodowej i musiałeś się kilka razy obejrzeć za siebie, nawet na swojej ulicy. Przytrafiały się tu dziwne rzeczy. Był alkohol, były narkotyki. Życie na pewno ma wpływ na to, co chcę przekazać. Zacząłem malować, kiedy miałem 30 lat. Malarstwo późno do mnie przyszło, ale wszystko, co przeżyłem wcześniej, odciska piętno na malowaniu.
PP: A jak środowisko podchodzi do takiej sztuki? Część starszego pokolenia woli dążenie do idealistycznego wręcz piękna.
JW: Środowisko artystyczne? Nie wiem. Nie zastanawiam się nad tym. Obrazy zamawiają u mnie bardzo różni ludzie, zarówno intelektualiści uchodzący za osoby z wyższych sfer, jak i ludzie ode mnie z dzielnicy. Dla tych z dzielnicy zawsze mam zniżkę. (śmiech) Środowiskiem artystycznym może się na początku przejmowałem, ale teraz już nie.
PP: Profesorowie chcieli cię czasem utemperować, pchnąć w jakiś kanon?
JW: Nigdy tego nie odczułem. Przyjmowałem wskazówki profesora czy asystenta. Uważam, że studiowanie malarstwa na gdańskiej ASP dało mi bardzo dużo. Byłem świeży i tam nauczyłem się – jeżeli można w ogóle powiedzieć, że umiem – malować.
PP: Właściwie momentami wręcz rzeźbisz farbą i w farbie, a nie malujesz.
JW: Lubię tak się bawić. Często używam szpachelki, połamanych pędzli. Sama struktura farby, jej mieszanie, to także już proces. Nakładanie jej na płótno staje się trochę tworzeniem płaskorzeźby. Na zdjęciach tego nie widać, ale na żywo można zobaczyć strukturę, cień.
Wyświetl ten post na Instagramie
PP: Mówiłeś o przypadku. Zdarza się, że myślisz: „Co ja właściwie namalowałem?” albo „Co to mówi o mnie?”
JW: Na pewno nie mam samozachwytu, ale tak, robię to emocjonalnie. Płynę z tym, co maluję, rozkręcam się i wtedy to dzieje się samo z siebie, jest jak ciąg. I nagle stop, przychodzi moment, że chcę przestać. Czasem trzeba iść dalej, mimo tej niechęci, a czasem patrzę i wiem: „To koniec”. Chociaż oczywiście zdarza się, że zagniatam obrazy, ale chyba tak to jest, jak się dużo maluje.
PP: Ile trwa proces?
JW: Szybko się wypalam przy jednym płótnie, więc maluję kilka obrazów na raz. Miesięcznie kończę około trzech. Mniejszych, większych. Teraz zmieniłem pracownię i w tej przestrzeni nie mogę robić dużych formatów, ale dalej to będzie około trzech.
PP: Trudno ci się z nimi rozstać?
JW: Bywa trudno. Miałem kilka obrazów, za którymi tęskniłem po ich sprzedaniu. Dobrze jest żyć z tego, co zrobiło się rękami. Artysta czuje się spełniony, kiedy sprzeda obraz, ale jest to coś, w co wkłada się emocje, co staje się twoje i czasem trudno jest się rozstać. Ale to miłe zobaczyć, że komuś spodobało się to, co namalowałem, że wisi w salonie na ścianie, stało się częścią czyjegoś domu.
PP: Podobno chcesz wstrzymać sprzedaż. Żartuję, że wystawa w Teatrze Mostownia to ostatni dzwonek dla tych, którzy chcą kupić „młodszego Wasilewskiego”.
JW: To prawda, chcę malować „do magazynu” i zrobić potem większą wystawę. Teraz jednak „wiszę” w Teatrze Mostownia. To miejsce nie stawia barier, zaglądają tam różni ludzie, czasem przypadkiem, napić się kawy. Obrazy wiszą też w witrynach, jakby wychodziły na ulicę, miały się z ludźmi.
PP: Co wybrałeś na tę wystawę?
JW: To moja trzecia wystawa w Mostowni. Tym razem wybór był spontaniczny. Odebrałem telefon, porozmawialiśmy. Pomyślałem, że jeżeli teatr może stracić siedzibę, to wręcz wypada tam być. Kończyłem właśnie malować cykl „nauczycieli”, więc wszystko zgrało się w czasie. Teraz w Mostowni wisi 10 moich obrazów w środku i cztery w witrynach. To portrety malarzy, którzy mnie inspirują, których oglądam od zawsze, moich mistrzów. Oczywiście to nie wszyscy. Velázquez, Goya, Rembrandt, Lautrec, Witkacy, Gauguin, Schiele. Do tego malarze trójmiejscy, którymi się inspiruję. Mógłbym długo wymieniać.
PP: Rozmawiając, zerkasz na sztalugi, jakbym ci trochę przeszkadzał. To wygląda jak uzależnienie. Dajesz sobie oddech, czas na zbieranie soków?
JW: Nie, no właśnie nie daję sobie oddechu. Czasem po jakiejś dużej wystawie mówię: „Ale to mnie zmęczyło. Nie robię”. Potem zaczynam malować, to silniejsze ode mnie i po prostu się dzieje.
PP: Czyli proces – nawiązując do tematu jednej z wystaw – to obłęd?
JW: Tak, proces to obłęd, pogranicze szaleństwa. Ale to pozytywny obłęd, który pozwala się spełnić, bez którego jest pusto. „Proces jako obłęd malarski” to była duża wystawa w Ratuszu Oliwskim. Pokazałem moje malarstwo od roku 2000 do 2025 – nowe obrazy towarzyszyły sprzedanym. To pokazywało ewolucję, zmianę, ale i ciągłość. To jest proces.
PP: Budzisz się czasem w nocy i zaczynasz malować, szkicować?
JW: Czasem się budzę, ale nie szkicuję, mam notatnik. Zapisuję pomysły, bo inaczej ulatują. Nie wstaję i nie maluję w gaciach. Lubię podejść do płótna rano, z nową energią. Włączam muzykę, parzę kawę. Teraz mam pracownię w mieszkaniu, w którym mieszkam. Przez to żyję też trochę inaczej. Chodzę cały czas w ciuchach do malowania. Widzisz swój łokieć?
PP: Przepraszam, nie poczułem. Mam nadzieję, że nie zniszczyłem…
JW: Nie, dobrze, tak może być. To przypadek, zostawmy to tak.
Wyświetl ten post na Instagramie
JAKUB WASILEWSKI
Jakub Wasilewski urodził się w 1982 roku. Jest absolwentem Wydziału Malarstwa Gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie studiował w pracowni prof. Piotra Józefowicza. Maluje głównie portrety abstrakcyjne, skupiając się przede wszystkim na kolorze i strukturze. Interesuje go wyrażanie ludzkich emocji. Poprzez gęsto nakładaną farbę chce pokazać, że brzydota może mieć swoją formę i również jest piękna. W Teatrze Mostownia można zobaczyć jego obrazy do końca sierpnia.
Piotr Puchalski
Czytaj też:
Mostownia wciąż szuka nowej siedziby. Jaka przyszłość czeka stowarzyszenie?








