– Tata udzielał porad sercowych. Dorabiał też reklamując garnitury Polskiego Lnu. Mama miała być lekarzem, ale nie zdążyła, bo wybuchła wojna, tak w Gdyni Głównej Osobistej wspominała swoich rodziców rzecznik prasowy Urzędu Miasta Gdyni, Joanna Grajter. Gospodarz audycji Piotr Jacoń zapowiadając swego gościa mówił żartobliwie, że pani Joanna jest „ciekawsza od lotniska w Gdyni i od Wojciecha Szczurka”. Jako rzecznik prasowy często wypowiada się na te tematy. Zwraca uwagę, że ważne jest to, aby rzecznik i dziennikarze współpracowali. – PR-owiec nie może stać w opozycji do dziennikarza. Bo pracujemy w tym samym celu: mamy informować. My, PR-owcy, mamy też cel, by to było dobrze opakowane. Oczywiście obowiązkiem dziennikarza też, ale on musi sprawdzić informację, którą ja podaję, z innych stron. Ja takiego obowiązku nie mam. Moim obowiązkiem jest przekazać i skutecznie zadbać o to, żeby ta informacja się pojawiła.
W Gdyni Głównej Osobistej, Joanna Grajter wspominała swojego tatę, Jerzego Grajtera. – Mój tata przed wojną skończył dziennikarstwo w warszawskiej szkole dziennikarskiej. Miał bardzo ciekawe, choć trudne dzieciństwo. Przez pewien czas, kiedy jego rodzice byli bardzo skromnymi ludźmi i chorowała jego ukochana mama, mój tata razem ze swoim bratem wylądowali w domu dziecka. Tam wybijał się z zainteresowaniami i uzdolnieniami i trafił do szkoły do Reja, gdzie chowali się znakomici ludzie, m.in. Przybora. Z kolei rektorem dziennikarki był ojciec Jerzego Wasowskiego.
– W czasie wielkiego kryzysu nie było pracy dla dziennikarzy, więc trzeba było ją sobie wymyślić, opowiadała Grajter. – Wraz z kolegami wymyślili sobie pismo dla pań służących. Redakcja mieściła się w mieszkaniu. W godzinach przyjęć tych panien na drzwiach toalety był napis „redaktor naczelny”. Tata specjalizował się w poradach sercowych. Wysłuchiwał tych niesamowitych dramatycznych opowieści, które były na miarę „Trędowatej”. Dorabiał sobie w ten sposób, że reklamował Polski Len, chodząc po ulicach w garniturze z Polskiego Lnu nawet w zimę.
Jak wspomina Joanna Grajter, jej ukochani rodzice mieli bardzo ciężkie życie. – Moja mama była żoną mojego taty i cudowną osobą. Oboje byli bardzo schorowani, ale o takiej pogodzie ducha, której mogłabym życzyć wielu ludziom, mającym znacznie łatwiejsze życie. Okrutnie przeszli tę wojnę. Mój ojciec został inwalidą. Miał złamaną nogę, a Niemcy wrzucili go do płonącego kościoła na Starym Mieście. Wygrzebał się z tego kościoła, ale noga już nigdy nie była zdrowa. Znany był z tego, że zawsze chodził o lasce. Mimo tego inwalidztwa był czynnym dziennikarzem.
– Mama miała być lekarzem. Doskonale znała francuski, miała studiować na Sorbonie. Ale nie zdążyła, bo wybuchła wojna. Trafiła do obozu w Ravensbrück, gdzie prowadzono eksperymenty na młodych, pięknych dziewczynach. Na szczęście, kiedy tam trafiła tych eksperymentów już nie przeprowadzano, to był koniec wojny. Natomiast przerzucano te kobiety z obozów do obozów, mama była w cienkiej paltocinie, bo kiedy wyszła z domu, było lato. Były zakwaterowane w wielkiej lokomotywowni, w której były ustawione piętrowo prycze, było mokro. Mama, zawsze wiotka i chorowita, robiła bomby dla Niemców. Nie mogła już wytrzymać i jedną z takich bomb zrzuciła sobie na nogę, żeby trafić do szpitala. Niestety bardzo szybko wróciła do pracy, opowiadała Grajter.
– Już po wyzwoleniu mama przyjechała do zrujnowanego domu, w którym był niewidomy ojciec i brat, który stracił zdrowie i nie umiał sobie poradzić z rzeczywistością. Mama przyjechała do Gdańska i tu zaczęła się jej nowa historia. Zmarła w 1992 roku, 20 lat po moim tacie, podsumowała losy swojej rodziny wzruszona Joanna Grajter.







