Mijają cztery lata od rosyjskiej agresji na Ukrainę. W 2022 roku, 24 lutego, z samego rana wojska rosyjskie przekroczyły ukraińską granicę. Z Lwem Zacharczyszynem, byłym konsulem Ukrainy w Gdańsku, obecnym pełnomocnikiem dyrektora Europejskiego Centrum Solidarności ds. polsko-ukraińskiej solidarności, rozmawiał Daniel Wojciechowski.
Lew Zacharczyszyn powiedział, że dzień wybuchu wojny pamięta bardzo wyraźnie.
– Z synem, który miał wtedy osiem lat, byliśmy w Gdańsku. Żona była w Kijowie, zajmowała się remontem naszego mieszkania. O piątej rano zadzwoniła znajoma i powiedziała, że zaczęła się wojna. Dla mnie to było takie déjà vu. Przed 24 lutego były wiece, były jakieś daty, 16 lutego, i tak dalej, ale zawsze było odczucie, że agresji nie będzie, że to jest pewna gra, eskalacja. Moje pokolenie wyrastało w narracji drugiej wojny światowej i dla nas wojna to zawsze było coś najgorszego, co może być, co może nas spotkać w życiu – i raptem to się stało – tłumaczył.
Do pełnowymiarowej agresji na Ukrainę doszło równo 4 lata temu, jednak rosyjskie ataki, zajmowanie terenu i próby destabilizacji Ukrainy trwają od dawna. Wojna faktycznie, choć po cichu, zaczęła się już w 2014 roku, kiedy na Krymie i w Dobnasie pojawiły się „zielone ludziki”, czyli uzbrojeni rosyjscy żołnierze nieposiadający dystynkcji wojskowych ani innych wyróżników, które pozwalałyby na określenie ich przynależności państwowej. Żołnierze prowadzili działania zbrojne wymierzone przeciwko integralności Ukrainy już ponad 10 lat temu.
Posłuchaj rozmowy:
aKa








