Co zostaje po nagłej stracie, gdy cisza po kimś najbliższym staje się głośniejsza niż jego obecność? W poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie Minghun zabiera widza w podróż przez najciemniejsze zakamarki żałoby i desperackiego poszukiwania sensu po śmierci.
Główny bohater, Jerzy (Marcin Dorociński: Mission: Impossible – Dead Reckoning – Part One, Teściowie, Gambit królowej), nie potrafi pogodzić się z utratą córki. Świętowany hucznie chiński nowy rok zamienia się w osobistą apokalipsę — ciepło kolorów znika, rzeczywistość traci sens, a Jerzy zapada się w pustkę, gdy ze świata w jednej chwili znika ukochana osoba.
I kiedy zdaje się, że nic nie jest w stanie przerwać tego mroku i nagłej stagnacji, do życia Jerzego wkracza Benny (Daxing Zhang), dziadek zmarłej dziewczyny. Z pozoru obcy, niepasujący, noszący na sobie ślady zupełnie innego świata i zupełnie obcych rytuałów.
Między mężczyznami od początku iskrzy: dają o sobie znać niechęć, niewypowiedziane pretensje i rozbieżne poglądy na śmierć. To z tej emocjonalnej udręki rodzi się decyzja o odbyciu rytuału ceremonii zaślubin po śmierci – minghun. Film wykorzystuje tę nietypową dla nas tradycję, by snuć z jej pomocą bardzo uniwersalną opowieść: o miłości, utracie i potrzebie pojednania – z bliskimi, z sobą samym i z przeszłością.
Podróż dwojga odmiennych ludzi i skrajnie różnych charakterów poprowadzi widza przez chłodne kostnice, wspomnienia i bolesne wyznania, a w końcu stanie się czymś więcej niż tylko próbą pogodzenia się ze stratą. Okaże się drogą do zrozumienia, że nie da się naprawdę odejść z tego świata, nie zostawiając za sobą choć odrobiny miłości.
Piękna historia w odpowiednich rękach
Za reżyserię Minghuna odpowiada Jan P. Matuszyński — twórca, który polskiemu kinu nie raz udowodnił, że nie boi się tematów trudnych i wymagających. Po sukcesach „Ostatniej rodziny” oraz „Żeby nie było śladów” czy serialu „Król”, ponownie sięga po intymny ton, bez obaw balansując między śmiercią a nadzieją.
Film trwa 90 minut — i jest to czas, który wykorzystano do granic możliwości. Ani jednej sceny nie pozostawiono przypadkowi. Każdy gest, spojrzenie, kadr mają znaczenie. I nie chodzi tu tylko o warstwę fabularną — również wizualnie Minghun to po prostu film dopracowany. Zdjęcia autorstwa Kacpra Fertacza (stałego współpracownika Matuszyńskiego) są hipnotyzujące. Zmiana temperatury barw — z ciepłej czerwieni Nowego Roku do chłodnych błękitów żałoby — nie tylko zachwyca, ale i sama sobą opowiada przejmującą historię.
Minghun – obsada z dwóch stron świata
Marcin Dorociński, którego wielu zna z ról „twardych facetów”, tutaj pokazuje zupełnie inne oblicze. Jego Jerzy to człowiek kruchy, zraniony i kompletnie bezbronny. Dorociński nie gra żałoby — on nią oddycha. Każda scena z jego udziałem niesie ogromny ładunek emocjonalny, a sekwencja powrotu do mieszkania córki to popis aktorstwa najwyższej próby.
Obok niego Daxing Zhang jako Benny – dziadek Masi – buduje postać równie złożoną. Na pozór pewny siebie, w rzeczywistości okazuje się człowiekiem równie dotkniętym stratą, choć wyrażającym emocje zupełnie inaczej.
Należy wspomnieć także Natalię Bui w roli zmarłej Masi – choć obecna tylko we wspomnieniach i retrospekcjach, jej ciepło (i, co za tym idzie, również kolor) przenika cały film.
Minghun – gdzie obejrzeć?
Minghun to nie jest kino dla każdego — i dobrze. To film, który nie boi się trudnych pytań ani niewygodnych emocji. Nie podaje niczego na tacy, nie moralizuje, nie sili się na uniwersalne prawdy. Zamiast tego oferuje opowieść bolesną, chwilami przewrotnie zabawną, głęboko symboliczną, a przy tym zaskakująco czułą. Jeśli masz ochotę zanurzyć się w tej poruszającej historii, mamy dobrą wiadomość: produkcja dostępna jest w serwisie streamingowym CANAL+: https://www.canalplus.com/pl/film/minghun/h/16609839_70026.
artykuł sponsorowany








