W 2026 roku skala zakłóceń nawigacji satelitarnej na polskim wybrzeżu i w rejonie Zatoki Gdańskiej jest bezprecedensowa. Odczuwają to nie tylko osoby pracujące z systemami GPS, ale także zwykli mieszkańcy.
Prof. Mariusz Figurski z Instytutu Łączności-PIB w Gdańsku opowiada, że problem ma charakter regionalny, a specyfika zjawiska wskazuje na aktywność systemów walki radioelektronicznej na Bałtyku. W okresie letnim wielogodzinne, całkowite zakłócenia występowały nawet przez 60-70 proc. dni.
REALNE ZAGROŻENIE DLA BEZPIECZEŃSTWA
– W profesjonalnym lotnictwie i żegludze nie jest to już wyłącznie niedogodność. Jest to realne zagrożenie dla bezpieczeństwa, które musi być uwzględnione w procedurach operacyjnych – zaznacza prof. Figurski. Przestrzeń powietrzna nad Polską znalazła się wśród obszarów dotkniętych tym problemem, co wymusiło aktualizację procedur EASA, a na zakłócenia wyjątkowo podatne okazały się drony.
Strefa podwyższonego ryzyka obejmuje Trójmiasto, Zatokę Gdańską i południowy Bałtyk. – Dla przeciętnego mieszkańca najbardziej widocznym efektem są problemy z lokalizacją w smartfonie – wyjaśnia profesor. Problemy dotykają nawigacji samochodowych, systemów flotowych i budżetowych trackerów, przy czym najbardziej narażone są proste odbiorniki korzystające wyłącznie z sygnału GPS L1.
Ekspert podkreśla, że samo przełączenie urządzenia z GPS na Galileo czy GLONASS nie rozwiązuje problemu, ponieważ systemy te nadają na zbliżonych częstotliwościach.
– Odporności nie buduje się przez zastąpienie GPS przez inny GNSS, lecz przez połączenie technologii działających według różnych zasad fizycznych – podsumowuje prof. Figurski, wskazując na konieczność łączenia nawigacji satelitarnej z rozwiązaniami inercyjnymi, radarami czy rozwijanym dla Bałtyku naziemnym systemem rezerwowym R-Mode dla żeglugi na Bałtyku.
System R-Mode to, zdaniem profesora, „nawigacyjne koło zapasowe”, dla statków.
PAP/SG








