Piłkarze Lechii potrafią tańczyć na boisku. Kręcą obrońcami, trafiają do siatki i wiedzą, jak te trafienia celebrować. W Płocku zatańczył jednak Grek – Kyriakos Savvidis oszukał trzech zawodników biało-zielonych i bramkarza, i jako jedyny trafił do siatki. Z Wisłą biało-zieloni przegrali 0:1.
Lechia dobrze rozpoczęła mecz, przejęła kontrolę nad piłką i próbowała kreować sytuację. Głęboko cofnięta Wisła nie dała gdańszczanom przestrzeni do rozwijania ataków i Camilo Mena oraz Aleksandar Cirković męczyli się na boisku, ale biało-zieloni mieli sporo stałych fragmentów gry. Wiele z nich jednak nie wynikało. Łatwiej o zagrożenie Rafałowi Leszczyńskiemu byłoby, gdyby lepiej prezentował się Rifet Kapić, ale kapitan zespołu ewidentnie nie miał swojego dnia. W efekcie naprawdę konkretną sytuację przed przerwą Lechia stworzyła tylko raz. Z lewej strony dośrodkował w pole karne Matus Vojtko, głową uderzał Matej Rodin, ale prosto w ręce Leszczyńskiego.
SAVVIDIS ZATAŃCZYŁ Z LECHISTAMI
Wisła czekała, głównie się broniła, ale kiedy już zaatakowała, to bardzo efektownie. Zagrała przez środek i z dystansu uderzał Wiktor Nowak, został jednak zablokowany. Piłkę zgarnął Kyriakos Savvidis, efektownie ograł aż trzech piłkarzy Lechii i był już sam przed Alexem Paulsenem. Grek zatańczył Zorbę w polu karnym gdańskiego zespołu. Bez problemów pokonał go lekkim i precyzyjnym strzałem. Lechia miała więc wielki problem – Wisła nie musiała już atakować, zabetonowała własną połowę, a gdańszczanie nie potrafili sobie z tym poradzić.
SZCZELNA OBRONA WISŁY PŁOCK
Niewiele zmieniło się po przerwie. John Carver próbował pomóc swojemu zespołowi, wprowadzając Tomasza Neugebauera. Dodatkowy pomocnik w miejsce Kacpra Sezonienki miał ułatwić rozgrywanie i stanowić zagrożenie przy strzałach z dystansu. Tych jednak brakowało, a kiedy już się pojawiały, były zablokowane lub niecelne. Neugebauer bohaterem mógł zostać w doliczonym czasie gry, doszedł do piłki tuż przed bramką gospodarzy, ale fatalnie spudłował i tylko wyładował frustrację, kopiąc nogą w słupek. Wisła broniła jak jesienią – z determinacją i skutecznością. Jak w tym starym kawale o Chucku Norrisie. Ile mógł zrobić pompek? Wszystkie. A Wisła wybije wszystkie wrzutki.
Tego muru biało-zieloni skruszyć nie potrafili. Jakość zagrań wielu zawodników nie pomagała, bo mnóstwo było niedokładności, ale gospodarzom trzeba oddać, że wzorowo zneutralizowali niemal wszystkie atuty Lechii. Okazuje się, że najlepsza obrona w lidze była po prostu skuteczniejsza od najlepszego ekstraklasowego ataku.
Tymoteusz Kobiela








