Bałtycki Terminal Zbożowy do likwidacji, pracownicy trafią na bruk. Czy można było tego uniknąć?

(fot. KFP/Anna Rezulak)

Siedemdziesięcioosobowa załoga Bałtyckiego Terminalu Zbożowego ma zostać zwolniona z początkiem czerwca. Powodem jest decyzja właścicieli spółki, firm amerykańskiej i holenderskiej, o likwidacji zakładu. O sytuacji terminalu i pracowników w „Głosie Pracownika” Olga Zielińska rozmawiała z Justyną Kąkol, przewodniczącą „Solidarności” w tym zakładzie.

BTZ operuje na Nabrzeżu Indyjskim i Nabrzeżu Norweskim Portu Gdynia. Na indyjskim port rozpoczyna właśnie inwestycję związaną z pogłębieniem kanału. Ma to umożliwić obsługę największych statków, jakie mogą zawijać do bałtyckich portów. Z tego powodu nabrzeże musi być wyłączone przez 1,5 roku z użytkowania. Czy w tym tkwi problem?

– Problem nie polega na tym, że trzeba wykonać inwestycję, ale że ma ona być wykonana w ten, a nie inny sposób. Po pierwsze spółka schodzi z tego terenu z dniem 30 czerwca, nasze wypowiedzenia kończą się ostatniego lipca. Jeśli chodzi o tę inwestycję, jest to kontynuacja inwestycji podjętych przez port. My już od półtora roku nie mamy jednego nabrzeża, Nabrzeża Norweskiego. Ono też zostało nam zabrane. I to też zostało wykonane w ten sposób, że nie mogliśmy na nim operować w trakcie remontu, a da się to zrobić. Mało tego, Nabrzeże Norweskie zostało tak oddane, że my swoim sprzętem, który cały czas używaliśmy, nie możemy operować. Nie uwzględniono tego w planach, wydłużono nam nabrzeże i nasz dźwig nie połączy się z infrastrukturą magazynową. Drugie nabrzeże ma być odebrane 1 lipca, aczkolwiek przetarg na remont tego nabrzeża jeszcze się nie zakończył. On jest na etapie złożenia propozycji firm, które miałyby to robić – wyjaśniła przewodnicząca „Solidarności” w BTZ.

– Całe Nabrzeże Norweskie to jest kilka firm. Obok jest firma, która dawno temu, przed prywatyzacją, należała do nas. Tam port zdecydował się na takie rozwiązanie, że statek może dobijać nie do samego nabrzeża, tylko do takiej konstrukcji odsuniętej od nabrzeża na odpowiednią odległość. W naszym wypadku, gdyby port wcześniej zdecydował się na konstruktywną rozmowę, można by zrobić dokładnie to samo. Poza tym my moglibyśmy przeładowywać trochę mniejsze statki na połowie naszej części nabrzeża, bo nasz dźwig sięga na statek oddalony od nas o 5 czy 6 metrów. Druga rzecz to kwestia inwestycji w tym terminie. Ta inwestycja miała być wykonana w pierwszych pięciu czy dziesięciu latach dzierżawy naszej spółki. W 2005 roku obiecano nam, że to będzie wykonane bardzo szybko. Dziś to już są trzy lata przed końcem dzierżawy terenu. Nie mamy gwarancji wynajmowania terenu na kolejne trzydzieści lat, nie jesteśmy też w stanie zdobyć dźwigu, który byłby w stanie robić. Na dźwig czeka się 1,5 roku. Port Gdynia z nami nie rozmawia, zaprasza nas na spotkania po podjęciu decyzji – przyznała Justyna Kąkol.

Komentarze


Zwiększ tekstZmniejsz tekstCiemne tłoOdwrócenie kolorówResetuj