Nie pomogła odłownia, wynajęty weterynarz ze specjalną strzelbą i działania leśników. Samorząd Elbląga wciąż zmaga się z watahą zdziczałych psów bytujących w podelbląskich lasach.
Jak wyjaśniają władze miasta, w 2025 roku schronisko dla zwierząt odłowiło sześć osobników z watahy dzikich psów (dwa dorosłe i cztery szczeniaki), a także zwiększono częstotliwość patroli schroniska wraz z policjantami i strażnikami miejskimi w rejonie ul. Mazurskiej i Rubna Wielkiego. Podjęto też wraz z lekarzem weterynarii próby uśpienia i odłowienia pozostałych osobników. Działania okazały się bezskuteczne. Pojawił się nowy pomysł, który już się sprawdza.
– Nawiązaliśmy współpracę z ekspertem do spraw odłowu zdziczałych psów, który skutecznie pomógł w analogicznych sytuacjach w innych samorządach. W poniedziałek udało się odłowić jednego osobnika. Będziemy kontrolować sytuację i intensyfikować działania. Mamy nadzieję, że problem zostanie w końcu rozwiązany – wyjaśniła Joanna Urbaniak, rzecznik prezydenta Elbląga.
Urzędnicy nie wiedzą, ile osobników liczy wataha. Przed laty mówiło się o dwóch grupach po dwanaście sztuk. Wszystko wskazuje jednak na to, że stado się rozmnaża. Władze Elbląga wystąpiły o zgodę na odstrzał psów. Już dwa lata temu w odpowiedzi na pismo urzędników z Elbląga sejmik wojewódzki na to nie zezwolił.
Marek Nowosad/mk








