Studenci pierwszego roku nawigacji Uniwersytetu Morskiego w Gdyni, którzy płynęli Darem Młodzieży do Stanów Zjednoczonych w drugim etapie rejsu, zaliczyli praktyki morskie i egzaminy sesji letniej. Po rejsie odwiedzili redakcję Radia Gdańsk i opowiedzieli o wyprawie do USA. Jak przyznali, podróż za ocean na pokładzie żaglowca i wizyta w Nowym Jorku pozostaną w ich pamięci na całe życie.
Bruno Kozakiewicz na zawsze zapamięta moment, gdy żaglowiec mijał Statuę Wolności na Manhattanie. Wszystkim udało się zrobić sobie zdjęcie z tym wyjątkowym symbolem wolności, mimo że stali na przeciwnej burcie.
– Mieliśmy pozwolenie, żeby po kolei to zrobić. Udało nam się też w ciągu kilku godzin obejrzeć kawałek Nowego Jorku. Odwiedziliśmy Central Park i Empire State Building. To był bardziej sprint przez Nowy Jork dzięki koleżance, która miała świetnie przygotowany plan zwiedzania miasta – opowiada.
Oprócz Nowego Jorku Bruno pamięta też nocne wachty, kiedy leżał na pokładzie i patrzył w gwiazdy.
– Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Ta ciemność i małe światełka nade mną. Podczas podróży przez Atlantyk towarzyszyły nam też niesamowite ryby i żółwie. Widzieliśmy delfiny skaczące przed dziobem żaglowca, a także rekiny. Pamiętam, jak po przepłynięciu Atlantyku zobaczyłem ptaka. Na Atlantyku ich nie widziałem. Są za to latające ryby – wspomina Bruno.

Kacper Winiewski nadal wspomina szkwał, który przyszedł nagle na kotwicowisko, gdzie wszystkie żaglowce czekały i ustawiały się przed paradą 4 lipca w Nowym Jorku.
– Przez cały rejs była wspaniała pogoda. Właściwie przez cztery tygodnie nic nie zakłócało podróży przez Atlantyk. Oprócz awarii klimatyzacji, którą usunięto na Bahamach, czuliśmy się bezpieczni i nic nas nie niepokoiło. Ta zmiana pogody na kotwicowisku pokazała, jak warunki na morzu mogą się zmieniać – przyznaje Kacper Winiewski.
– To było wieczorem, około 20:00, na mojej wachcie. Szkwał pojawił się nagle. I równie szybko się skończył. Wszystko trwało 20 minut. Niektórzy naprawdę się przestraszyli. Byliśmy niecałe 100 metrów od innego żaglowca, który nie mógł ruszyć, bo popsuł mu się silnik. Na szczęście nasz komendant Michał Sadowski wiedział, co robić w takich sytuacjach. Nikt na siebie nie wpadł, ale było blisko – relacjonuje Kacper.
Czytaj także:
- Awaria na Darze Młodzieży nie zakłóci przebiegu rejsu. „Dodatkowa przygoda dla praktykantów”
- Usterka klimatyzacji na Darze Młodzieży, która komplikowała rejs do USA, została usunięta
– Pamiętam też pierwszy moment, kiedy wchodziłem na maszt, którym opiekowała się nasza wachta. Na szczycie w pewnym momencie poczułem, że miękną mi nogi. Jednak bycie 50 metrów nad pokładem robi wrażenie. Wszyscy oczywiście byliśmy w specjalnych pasach bezpieczeństwa. Był także kategoryczny zakaz robienia zdjęć z góry. I bezwzględnie tego przestrzegano – dodaje Kacper.

Bruno Kitson pamięta kilka momentów podczas drugiego etapu rejsu do USA.
– Na przykład gdy po trzech tygodniach zobaczyliśmy ląd i wyłoniła się Martynika. Tam się zatrzymaliśmy, bo dosiadł się serwisant z Polski, żeby usunąć awarię klimatyzacji. Pamiętam też moment, gdy wróciłem po rejsie do Polski. Spotkanie z bliskimi po dwóch miesiącach rozłąki to też niesamowite wrażenie. Gdybym mógł wrócić na Dar, nie zastanawiałbym się ani chwili. Wejście pod żaglami do Nowego Jorku zapamiętam na całe życie. Wyspy Kanaryjskie po wyjściu z Kadyksu, na które patrzyłem z pokładu pięknej fregaty też – przyznaje Bruno.
Posłuchaj rozmowy Anny Rębas ze studentami pierwszego roku nawigacji po powrocie z USA:
Studenci mówią, że ośmiotygodniowy rejs wymagał od nich zaliczenia materiału nawigacyjnego. Potem każdy praktykant musiał stanąć przed radą okrętową i odpowiadać na pytania dotyczące praktyki morskiej lub życia na statku. Bo rejs to także zmywanie naczyń, wydawanie posiłków, obieranie ziemniaków, utrzymywanie porządku.
Szczególnej dyscypliny wymagały alarmy do żagli.
– Gdy rozległ się alarm do żagli, mieliśmy 10 minut na zebranie się i stawienie na pokładzie – opowiada Kacper Winiewski.

Studenci podkreślają, że na morzu musi być zgoda i współpraca.
– Życie w zamkniętej przestrzeni nie jest proste. Te dwa miesiące nauczyły mnie tolerancji, pójścia na kompromis. Oczywiście były zgrzyty, ale życie na morzu uczy rozwiązywania trudnych sytuacji. Nikt nie lubi się kłócić – wyjaśnia Kacper.
Czytaj także:
- Lekarskie ABC na Darze Młodzieży. „Na chorobę morską najlepiej działa praca”
- Dar Młodzieży na paradzie żaglowców w Nowym Jorku
Podczas rejsu dostęp do internetu był tylko w portach. Okazało się, że można bez niego żyć. Niektórzy trochę się obawiali czasu bez zasięgu.
– Nasza „gospodarka dopaminowa” została naprawiona – przyznaje Kacper. – Nie jest tajemnicą, że pochłania nas sieć i internet. Tu na morzu musieliśmy się tego oduczyć – podkreśla.

Studenci przyznają, że rejs Darem Młodzieży dał im wspomnienia, które pozostaną z nimi do końca życia.
– Bardzo dobrze trafiliśmy, jeśli chodzi o ludzi naszego etapu – opowiada Bruno Kozakiewicz. – Było też 30 dziewczyn. Po rejsie pojawiło się parę nowych par – mówi.
Drugi etap rejsu z Kadyksu do USA trwał osiem tygodni. Jego kulminacyjnym punktem była parada żaglowców w Nowym Jorku, która odbyła się 4 lipca.
Dar Młodzieży wraca do Polski. Trwa trzeci etap rejsu. 24 sierpnia fregata zacumuje w Gdyni.
Anna Rębas/am








